Kategorie: Wszystkie | lotnisko, radom, suski
RSS
sobota, 31 grudnia 2011
Szczęśliwego Nowego Roku!

W Nowym 2012 Roku życzę Państwu dużo optymizmu i uśmiechu
wbrew wszelkim przeciwnościom losu,
oddanych przyjaciół, ludzkiej dobroci i życzliwości,
energii, odwagi i wytrwałości w stawianiu czoła nowym wyzwaniom,
wszelkiej pomyślności i wielu sukcesów
zarówno w życiu osobistym jak i zawodowym.

14:47, marekzpisu
Link Dodaj komentarz »
sobota, 24 grudnia 2011
WESOŁYCH ŚWIĄT

Wszystkim czytelnikom mojego bloga życzę 
spokojnych, pogodnych i rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia, 
poczucia bezpieczeństwa oraz wielu sukcesów
w życiu zawodowym 
i prywatnym.

09:00, marekzpisu
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 12 grudnia 2011
Mój stan wojenny

   Poniżej załączam tekst napisany ponad 10 lat temu, kiedy z przerażeniem stwierdziłem, że w nowej Polsce, jak nam wtedy wmawiano wolnej i demokratycznej, młodzi ludzie nie znali i niestety do dziś nie znają  najnowszej historii naszej ojczyzny.

   Napisałem ten tekst dla swoich najbliższych, jako wspomnienia z tamtego okresu, bo czas zaciera przeszłość w naszej pamięci i  ani szkoły ani media nie informują w sposób wystarczający o tamtej rzeczywistości. Poza tym chciałem także opowiedzieć jak wraz z moimi młodymi kolegami, spędzającymi służbę wojskową w PRL-u, borykałem się z tamtą rzeczywistością.

   Niestety dziś, w przededniu rocznicy stanu wojennego, znowu mamy do czynienia z władzą, która godzi się na ograniczenie suwerenności Polski, a tych, którzy mają inne zdanie traktuje się jako wrogie i szkodliwe elementy skrajnych prawicowych środowisk. Jest wiele różnic pomiędzy Platformą Obywatelską a Polską Zjednoczoną Partią  Robotniczą, ale jest także wiele analogii. 

   Tekst ten polecam Państwu jako materiał do przemyśleń nad dzisiejszą Polską.

 



Mój stan wojenny


    Za oknami jest szaro i smutno. Czuć nadchodzącą zimę. Skończyły się letnie ciepłe dni i jak co roku o tej porze dopadł mnie nastrój jesiennego przygnębienia. Pamiętam, tak samo było w ‘81 roku, kiedy to odbywałem służbę wojskową. Szarugę w  tamte dni rozjaśniała mi perspektywa zbliżającego się 5-dniowego urlopu. Zdawało mi się, że nawet jadowity deszcz za murami warszawskiej Cytadeli, jest najwspanialszą pogodą. Tam choć na chwilę mógłbym poczuć się wolny, zrzucając mundur, który nosiłem z mieszanymi uczuciami, bo przecież polski, ale zarazem ludowy. Tak naprawdę pod tą tzw. ludowością czaiła się lekko przypudrowana kontynuacja stalinizmu, był to symbol poddaństwa wobec moskiewskiego chama. Mundur tym bardziej zohydzony, im bardziej próbowano mi wmówić, iż nosić go jest zaszczytnym, patriotycznym obowiązkiem.  Tymczasem nad trwałością sojuszu polsko- sowieckiego czuwała „surowa ręka sprawiedliwości ludowej”, która miała dosięgnąć każdego, kto by go kwestionował. Przypadek sprawił, że akurat wtedy byłem w wojsku i to blisko centrów decyzyjnych powołujących WRON. Dziś, po latach, moja córka zapytała mnie: „Tatuś, co to ten stan wojenny i czy warto o tym mówić? Przecież to historia”. Dla niej i dla wielu Polaków stan wojenny, Powstanie Warszawskie, Katyń, zabory, jak i wszystko inne z przeszłości zdaje się być wymieszane w zapomnianym kufrze historii, gdzieś na zakurzonym strychu. Można powiedzieć, nic dziwnego, przecież to już prawie dwadzieścia lat. Choć sam dobrze zapamiętałem tamten szczególny czas, to jednak pewne zdarzenia z trudem umiejscawiam chronologicznie, nie mówiąc już o nazwiskach. Jak dziś dla mojej córki, tak dawnej dla mnie, świat Powstania Warszawskiego, stalinowskiego terroru, wygnania moich przodków z  rodzinnego domu, był taką samą zakurzoną historią. Historia ta jakkolwiek bolesna, wydawała się być miniona, a jako nieodwracalna, w zasadzie bezwartościowa. Przyszedł jednak rok ‘80, rok wielkich nadziei na zmiany. Ludzie z dumą nosili głowy podniesione do góry, tajemniczo uśmiechali się na ulicach kiedy podczas dziennika TV wychodzili na spacer, żeby zamanifestować, iż nie wierzą już w rządowe kłamstwa. Cichy bunt przeciwko tyrańskiej władzy ogarnął  prawie wszystkich i choć wiara w odrodzenie się wolnej Polski jawiła się najpierw jako piękne marzenie, to już wkrótce zdawała się być realną możliwością. Choć wielu ludzi miało świadomość, że władza zdolna jest do wszystkiego, aby tylko utrzymać się przy korycie, to znowu poczuliśmy się wielkim narodem, zdolnym zmieniać świat na lepsze. Jakże dziś brak nam tej wiary!

   Niedawno rozmawiałem o stanie wojennym z młodym człowiekiem z Ligi Republikańskiej. Kiedy opowiadałem o swoich przeżyciach, zdałem sobie sprawę, że uczestniczyłem w wydarzeniach wielokrotnie już  opisywanych, ale nigdy od strony szeregowego żołnierza, którym wówczas byłem. Jeśli nawet moje wspomnienia nie mają wartości historycznej to i tak postanowiłem je utrwalić. Trochę dla samego siebie, a przede wszystkim dla moich dzieci, aby mogły obejrzeć tamten miniony czas oczyma swojego taty.

   A było to tak:


   Jesienią 1980 roku zostałem wcielony do wojska, do jednostki zabezpieczenia Sztabu Okręgu Warszawskiego z przydziałem do kompanii gospodarczej. Była to kompania tzw. fuchmistrzów - kucharzy, plastyków, muzyków, kreślarzy ze sztabu okręgu itd. Już  wiosną koledzy pracujący w sztabie okręgu opowiadali o przygotowywanych mapach, w oparciu o które wytypowane jednostki miały zająć warszawskie mosty. W podwarszawskim lesie miało znaleźć się alarmowe centrum dowodzenia. Wkrótce ogłoszono stan podwyższonej gotowości  bojowej, a w końcu alarm. Łącznościowcy rozstawili swoje „pajęczyny”, zjechały „Skoty”. Liczny sprzęt stał w gotowości bojowej. „Stare” wojsko ze znawstwem twierdziło, że jeszcze takiego alarmu nie widzieli. Zmobilizowano rezerwistów. Szef kompani uznał mnie za opornego żołnierza i oświadczył, że jak zwykle zgłosiłem się  na ochotnika. Tym razem do batalionu uzupełnienia rezerw, jako fryzjer. Przybywający do jednostki ludzie nie robili wrażenia wystraszonych, czy chociażby  przygnębionych. Byli wolni i odważni. Ostentacyjnie nosili znaczki „Solidarności”, a kilku miało wąsy ala Wałęsa. Dawali nam do zrozumienia, że wcielenie do wojska uznają za pewien rodzaj restrykcji i początkowo traktowali nas jak swoich przeciwników, jak narzędzie tyrańskiej władzy. Szczególnie pozostał mi w pamięci kolejarz, który bez ogródek domagał się szacunku dla swojego munduru, a nas głośno nazwał „sługusami komuny”. Równie głośno odparłem mu, że „tak jak on, zostałem wcielony do wojska bez mojej zgody, tyle że parę miesięcy wcześniej i że on za chwilę, kiedy założy mundur, stanie się takim samym sługusem komuny jak my”. Choć na sali znajdowali się zawodowi żołnierze, to ci którzy usłyszeli naszą wymianę zdań, zareagowali gromkim śmiechem. Dalszy pobór przebiegał niemal w koleżeńskiej atmosferze. Piszę o tych zdarzeniach, bo w moim odczuciu  tak poważnie przeprowadzony alarm był czymś w rodzaju próby wprowadzenia stanu wojennego. Być może nawet, jak twierdzą niektórzy historycy, władze rozpatrywały wprowadzenie stanu wojennego już wiosną. Tymczasem jednostka żyła własnym życiem i po pewnym czasie wszystko zaczęło wracać do normy. Co prawda w kraju dochodziło do niepokojów. Tak zwane „elementy wywrotowe”, jak je nazywała ówczesna władza, nasilały swoją działalność, ale w wojsku panował względny spokój. O jednym incydencie chciałbym jednak wspomnieć. Otóż w połowie września uczestniczyłem w odprawie przed wyjazdem na poligon zagraniczny. Jeden z generałów (niestety nazwiska nie pamiętam) oświadczył nam: „Możecie bez obaw jechać za granicę. O  sytuację w kraju bądźcie spokojni, bo jest pod całkowitą kontrolą i to bardziej niż może wam się wydawać. Jeśli zajdzie konieczność zrobimy porządek w jeden dzień”. Takie oświadczenie nawet na twarzach kilku oficerów wywołało uśmiech powątpiewania. Niestety słowa te już wkrótce miały się potwierdzić. Z poligonu wróciliśmy w listopadzie i niedługo potem wprowadzono nowy sygnał alarmowy - „Sputnik Warszawski”. Wytypowano ludzi, którzy na ten sygnał mieli zwieźć kadrę oficerską do jednostki. Z poligonu przywiozłem 5 dni urlopu nagrodowego i z niecierpliwością oczekiwałem na sobotę 12 grudnia, kiedy to miałem wyjechać do domu. Niestety w poniedziałek 7 grudnia podwyższono stan gotowości bojowej i wstrzymano wszelkie wyjazdy. Miałem jeszcze nadzieję, że do soboty zostanie odwołany, ale myliłem się, a koledzy ze sztabu kolejny raz mówili o planach zabezpieczenia kluczowych miejsc w Warszawie i Ursusie. Wracali z pracy późną nocą i wspominali o licznych telekonferencjach z Moskwą. Telewizja coraz częściej pokazywała strajki i „ekscesy” „nieodpowiedzialnych elementów” z „Solidarności”. W środę podczas odwiedzin ostrzegłem swoją mamę o przygotowaniach do wprowadzenia stanu wyjątkowego lub czegoś podobnego. Stan wojenny nie przychodził mi do głowy. W sobotę szef  kompanii, znowu na ochotnika, wyznaczył mi służbę.

     Była ciemna grudniowa noc. Zamiast w domu siedzę na pustym korytarzu przy stoliku z dwoma telefonami. Radio gra cicho. Szukam jakiejś wesołej muzyki w sobotni wieczór. Ku mojemu zdziwieniu na wszystkich kanałach słychać Chopina. Pomyślałem, że chyba umarł ktoś ważny.  

    Nagle zadzwonił telefon z tarczą. W słuchawce usłyszałem: „Ogłaszam Sputnik” Warszawski”. Obudziłem „sputniki”. Bez entuzjazmu wyruszyli wypełnić zadanie, nie mieli pojęcia, że właśnie zapoczątkowali stan wojenny w naszej jednostce. Naiwnie pomyślałem, że najgorsze tej nocy mam już za sobą. Jakże się wtedy myliłem… Dopiero miałem przed sobą najtrudniejsze godziny w wojsku.  Jakiś czas nic się nie działo i zdążyłem ochłonąć, aż tu nagle znowu dzwonek. Tym razem telefon bez tarczy, a z tego nigdy nie płynęły dobre wiadomości. – „Ogłaszam Alarm!” Niewyraźnie brzmiał beznamiętny głos oficera dyżurnego. Z niedowierzaniem sprawdziłem na tablicy alarmów. Był najostrzejszy. Po chwili cała jednostka wrzała i rozdano nam broń. Bardzo szybko zjawiła się kadra zawodowa, jednak ku mojemu zdziwieniu nic się nie działo. Dopiero po kilkudziesięciu minutach dowódca kompani zarządził zbiórkę i odczytał rozkaz o wprowadzeniu stanu wojennego. Przez korytarz  przetoczył się cichy pomruk zdziwienia padło kilka  nerwowych pytań:

Kto na nas napadł?

- Komu wypowiedzieliśmy wojnę?

- Z kim mamy walczyć?

Głosy pełne napięcia poszukiwały odpowiedzi, bo ani rozkaz, ani dowódca nie precyzował wroga. Odpowiedzą było stwierdzenie, że „mamy do obrony fragment muru Cytadeli i jak będą podchodzić to mamy strzelać”. - Ale do kogo? Kto nas napadł?- pytaliśmy. Wojsko nie dawało za wygraną. –Do tych co będą podchodzić, dopowiedział dowódca. - Do ludzi nie będziemy strzelać! - Prędzej tobie jaja wyrżnę, niż będę do ludzi strzelał” -wrzeszczał ktoś z końca kompanii. Nagle zapadła cisza. - Kto to powiedział niech wystąpi - jeszcze głośniej ryczał dowódca. Staliśmy w ciszy w wielkim napięciu. Zdawało się, że zaraz coś pęknie. Tymczasem na kompanię zaczęto wnosić skrzynki z wódką. – Wódka! Dadzą nam  wódki! – było słychać. Tak pękło napięcie … Nie mogłem tego zrozumieć - właśnie ogłoszono wojnę, a widok butelek z alkoholem dla tak wielu był wydarzeniem większej wagi. Ten moment zamieszania umiejętnie wykorzystał dowódca i kazał się rozejść. Sam skrył się do kancelarii. Byliśmy zdezorientowani. W atmosferze dyskusji o wojnie i wódce upływały godziny. Nic się nie działo. Zupełnie jak w trakcie  wiosennego alarmu, kiedy to przesiedzieliśmy bezczynnie kilka godzin w świetlicy zanim przydzielono nam zadania. Dopiero  przemówienie Jaruzelskiego rozwiało wątpliwości. Władza wypowiedziała wojnę swojemu narodowi! Udałem się do biblioteki, wypożyczyłem „Manifest Komunistyczny” oraz kilka książek Marksa Engelsa i Lenina. Ich zawartość stała w jaskrawej sprzeczności z rzeczywistością. Do obiadu wybrałem kilkadziesiąt cytatów i zaproponowałem kompanijnemu koledze - Jackowi Jagoszowi, który prowadził radiowęzeł, zrobienie audycji pt.: „Przy muzyce o Juncie”.   Zgodził się bez mrugnięcia okiem. Mottem było stwierdzenie: „Rząd używający armii przeciw narodowi, to junta”. Audycja trwała długo. W przerwach pomiędzy utworami muzycznymi cytowałem klasyków komunizmu. Po powrocie na kompanię koledzy przyznawali rację, że to junta, a nas chce się użyć przeciw własnym rodakom.

- My strzelać nie będziemy, mówili. Padały także i słowa krytyki. Szef organizacji ZSMP w jednostce powiedział, że dla niego nasza audycja była za mało lewicowa. Tak upłynął pierwszy dzień stanu wojennego.

   Rano okazało się że ktoś doniósł. Stanęliśmy do raportu przed najwyższą władzą w jednostce - dowódcą, jego zastępcą ds. politycznych i szefem sztabu. Zapytano nas czy to my zrobiliśmy wczorajszą audycję. - Tak jest, odpowiedzieliśmy chórem.  - Mówiliście o juncie, żołnierze. – Cytowałem Marksa Lenina i Engelsa , odparłem. – Ale cytaty były tendencyjne, stwierdził dowódca. Właśnie na to czekałem. Być ukaranym przez marksistów za marksistów. – Czy cytaty z Marksa Lenina i Engelsa mogą być tendencyjne? -odpaliłem pytaniem. Dowódca zaniemówił. Najwyraźniej nie wiedział co ma zrobić. Po chwili milczenia kazał nam odmaszerować i dodał, że decyzja w naszej sprawie zapadnie wkrótce. Czekaliśmy na nią prawie trzy miesiące.

    Tymczasem jako „niepewny element” zostałem odsunięty od działań stanu wojennego, co w praktyce oznaczało, że nie odbywałem patroli po mieście. Osobiście uważałem to za nagrodę, gdyż  patrolowanie ulic było w moim odczuciu, choć nieakceptowanym, to jednak udziałem w służbie złu.

     W pierwszym okresie stanu wojennego nasiliło się nastawianie wojska przeciw społeczeństwu. Wychodzących na patrole straszono zagrożeniem ze strony ludności cywilnej. Zakazywano przyjmowania trunków i pokarmów, bo rzekomo mogły być zatrute. Chłopcy jednak z każdym dniem wracali z patroli coraz bardziej radośni. Opowiadali jak wołano ich na gorącą herbatę, że na stole znajdowała się flaszka i ciepła zakąska, a zima była mroźna. Takie akty sympatii bardzo podnosiły na duchu. Społeczeństwo nie widziało wroga w szeregowym żołnierzu i może tylko poza pierwszym szokiem, jaki zapanował po wprowadzeniu stanu wojennego, na ogół  było życzliwie.  Sympatia była obustronna. Co prawda wojsko wykonywało rozkazy, ale z niechęcią, a celowo nawet nieudolnie. Najlepiej zobrazuje to opowieść jednego z kompanijnych kolegów, który został przydzielony do patrolu poszukującego przeciwników ustroju. Otrzymali rozkaz internowania studenta i udali się pod wskazany adres. Drzwi otworzyła starsza kobieta, której powiedzieli jaki jest cel ich wizyty i w odpowiedzi usłyszeli, że poszukiwany jest nieobecny. Wtedy służbowym tonem poinformowali  panią, że zaraz może przyjść milicja i przeprowadzi rewizję. W tym momencie z łazienki wychyliła się głowa młodego chłopaka, a kobieta z rozpaczą  popatrzyła na patrol. Nie mieli  wątpliwości, że to był właśnie ów poszukiwany. Dowódca pośpiesznie zasalutował i dał komendę do odwrotu. Zanim odjechali zobaczyli jak widziany wcześniej młodzieniec w pośpiechu opuścił blok.

    Nawet wcześniejsi zwolennicy władzy ludowej, niezbyt gorliwie wspierali poczynania WRON. Powołany na ławnika sądu wojskowego kolega z sali  ( zresztą członek ZSMP) opowiadał mi, że składa wnioski o łagodzenie wyroków i zasądzanie zawieszenia wykonania kary. Nie był to co prawda  akt szczególnej odwagi, ale iść na 3 lata do więzienia za ulotki, bądź dostać 2 lata w zawieszeniu, to jednak znaczna różnica.

    Przytaczam te dwa epizody jako dowód na to, że wojsko składające się w większości z obojętnych politycznie szeregowców było niechętne, a nawet przeciwne stanowi wojennemu. Po jego ogłoszeniu kilku moich kolegów nie wróciło z urlopów. Złapanych przywożono do jednostki i odsunięci od działań stanu wojennego oczekiwali na „dalsze decyzje” w swoich kompaniach.

    W tym czasie nasiliła się wewnętrzna inwigilacja  w armii. Głośnym echem odbił się incydent  z wierszem ośmieszającym WRON. „Gumowe ucho”, jak nazywaliśmy kontrwywiad, prowadziło rozległe śledztwo. Autora wykryto i również jako „niepewny element”, odsunięty od działań stanu wojennego oczekiwał na „dalsze decyzje”. Oficer MSW jak nigdy odwiedzał żołnierzy w ich miejscach pracy i delikatnie kierował rozmowę na tematy dotyczące nastrojów wojska. Pamiętam kiedy przyszedł do naszej pracowni i klucząc chciał wysondować nasze zdanie. Z uśmiechem zapytałem, czy pisze kolejny raport o nastrojach? On ponownie swoje, że to wizyta przyjacielska, że jesteśmy inteligentni i na pewno rozumiemy więcej niż inni.

„Niech pan spyta wprost obywatelu poruczniku, co myślimy o tym wszystkim, a wtedy my powiemy, że mamy to wszystko w d...”.    Więcej nas nie nawiedzał.

    Stan wojenny miał jednak dla wojska jedną dobrą stronę. Chociaż najpierw wstrzymano całkowicie wszelkie wyjazdy do domu, a potem ograniczano je do minimum, to na przepustki jeździło się w mundurze polowym. To bardzo ułatwiało tzw. „lewizny” czyli samowolne wyjścia poza jednostkę. Mundur dawał możliwość poruszania się w godzinach nocnych. Wystarczał tylko zwykły blankiet przepustki, a o taki nie było trudno. Trzeba było tylko mieć dobre stosunki z kompanijnym pisarzem. Wychodziło się normalnie przez bramę i dalej komunikacją miejską do rogatek. Tam trzeba było się zameldować i poprosić o wsadzenie do samochodu, który akurat jechał w pożądanym kierunku. W każdym takim przypadku poproszony odpowiadał pozytywnie, no bo jak odmówić, kiedy szlaban znajduje się w rękach proszących.

    Sam wielokrotnie korzystałem z tego sposobu podróżowania. Zdarzało się nawet, że kierowca dowiedziawszy się w drodze, iż jestem zwykłym żołnierzem jadącym na przepustkę, podwoził mnie pod dom.

   Minęły prawie trzy miesiące. Pewnego  dnia dowódca kompani z sarkastycznym uśmiechem rozkazał mi i Jackowi zgłosić się do sztabu po zaległą działkę (czyli karę). Punktualnie o godz. 9:00 zameldowaliśmy się u zastępcy jednostki ds. politycznych. Ten grzecznie poprosił nas, abyśmy usiedli i zaproponował kieliszek koniaku. Byliśmy bardzo zaskoczeni. Politruk był osobą kulturalną, co kontrastowało z moim wyobrażeniem o komunie, a jego niewątpliwie wyróżniało spośród kadry oficerskiej. Przez głowę przebiegła mi myśl, że to jego własna inicjatywa osłodzenia wyroku jaki nam zaraz oznajmi. Jednak po pierwszym kieliszku powiedział, że możemy być spokojni, bo nie zostaniemy ukarani i zaproponował następny. Zadał nam pytanie: -Co wolicie 5 dni urlopu czy awans?

Pięć dni urlopu! -samo wyrwało nam się z ust. –To dostaniecie awans.  -Nie chcemy, powiedziałem za siebie i kolegę.

No to dostaniecie i awans i pięć dni urlopu, tylko nie wygłupiajcie się więcej. Poręczyłem za was. Ponadto nadal będziecie odsunięci od działań stanu wojennego. Dowództwo długo myślało co z wami zrobić. Ukarać za Marksa i Lenina nie można. Zostawić bez echa także. Jedyne wyjście awansować. No i macie awans.

    Awans za stan wojenny to nie powód do dumy, ale mimo wszystko odczułem ulgę. W głowie rodziły mi się pomysły do kolejnych potyczek w mojej prywatnej wojence z komuną.

    W tym czasie osądzono innych niepewnych żołnierzy równie łagodnie jak nas. Można zaryzykować tezę, że władza opanowała sytuację w kraju, ale miała też świadomość swojej słabości. Doszli do wniosku, że konfrontacja nie będzie konieczna i niecelowe jest zaognianie sytuacji. Świadczyć o tym może jeszcze jedno wydarzenie.

Któregoś dnia  do sali żołnierskiej dotarły dramatyczne odgłosy.

–             O Jezu, o k....! 

   Wybiegłem na korytarz i pierwszego z lamentujących zapytałem co się stało.

–Wódkę zabierają ! - odparł płaczliwym głosem. Kompanię ogarnęła istna rozpacz, większa niż po wprowadzeniu stanu wojennego.

     I oto w ten właśnie sposób komuna straciła w mojej kompanii resztę sojuszników.

    Ostatnim gwoździem do trumny było przedłużenie służby wojskowej. Ile nieszczęść spowodowało - trudno ocenić, ale tylko w mojej kompanii 2 rozwody. Z każdym dniem narastała wrogość wojska do WRON. Wielokrotnie zmieniano datę wyjścia do cywila. Rozkazy wprowadzano w taki sposób, że kiedy wojsko już miało iść do domu, ogłaszano kolejne przedłużenie. Taka praktyka powodowała wręcz nienawistną złość. To była dla nas  prawdziwa tortura. Wtedy nabrałem przekonania, że komuna nieuchronnie upadnie i stało się tak prędzej niż myślałem. Jakaś część władzy zdała sobie sprawę, że zabrnęli w ślepą uliczkę. Pod koniec 1981 roku w sztabie, w kuluarach narady oficerów, dyskutowano o konieczności opracowania planu. Po przejęciu władzy przez opozycję miał on stworzyć warunki zmuszające do szerokiego udziału fachowców z PRL-u w nowej sytuacji.

   -Przecież te prostaki bez nas nie dadzą sobie rady. Najpierw wpuścimy ich w błędne decyzje, a potem sami przyjdą do nas po pomoc - mówił jeden z głównych specjalistów sztabu okręgu.  Pomyślałem, że ludzie nie dadzą się nabrać na takie proste chwyty. Jednak swoje plany mogli jeszcze doskonalić przez kilka lat i usiedli do okrągłego stołu w pełni przygotowani. Z pewnością dzisiejsza sytuacja nie jest w pełni wynikiem tamtych planów, ale tak dobra pozycja byłych komunistów, to z pewnością największy paradoks rzeczywistości w dzisiejszej Polsce.

                                              



17:25, marekzpisu
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 grudnia 2011
Zapraszamy na Marsz Niepodległości i Solidarności!

 

    Szanowni Państwo,

    serdecznie zapraszam na Marsz Niepodległości i Solidarności, który odbędzie się 13 grudnia w Warszawie. Początek Marszu planowany jest o godz. 18.00 – wyruszamy z Placu Trzech Krzyży w Warszawie ( zbiórka w okolicy pomnika Wincentego Witosa).

    Z Radomia zorganizowany zostanie wyjazd autokarem. Zapisy przyjmowane są w biurze Prawa i Sprawiedliwości w Radomiu, ul. Rynek 9, pod numerem telefonu: 503-747-743.

    Ruszyła oficjalna strona Marszu: www.marsz13grudnia.pl. Proszę  o rozpropagowanie deklaracji ideowej wśród wszystkich osób popierających tę inicjatywę oraz zachęcanie do uczestnictwa i udzielenia poparcia na w/w stronie. Proszę również Państwa o aktywność na profilach, forach internetowych (rozsyłanie sms-ów) i szerokie rozpowszechnianie DEKLARACJI IDEOWEJ Marszu oraz zaproszenia.

 

  Apel Społecznego Komitetu Organizacyjnego
Marszu Niepodległości i Solidarności:

      13 grudnia 1981 r. komuniści wypowiedzieli wojnę Polakom  po to by zniszczyć 'Solidarność", złamać niepodległościowe i społeczne dążenia Narodu, pozbawić nas nadziei. Dlatego partia komunistyczna sięgnęła po terror wojskowy i policyjny. Całą władzę przejęły zbrojne oddziały wojskowe okupujące ulice i zakłady pracy. Wprowadzono godzinę policyjną, aresztowano i internowano działaczy związkowych i politycznych. Przerwano łączność telefoniczną, zamknięto granice, zawieszono wydawanie gazet, zamilkły stacje radiowe i telewizyjne z wyjątkiem tych, które nadawały komunikaty wojskowe.

     Stan wojenny przyniósł wiele ofiar. Polacy byli zabijania i więzieni. Zniszczono zakłady pracy,  zrujnowano gospodarkę.  Do emigracji zmuszono  blisko milion młodych ludzi,  z których większość nigdy już nie powróciła do Ojczyzny. Stan wojenny był próbą powtórzenia terroru stalinowskiego a jego gospodarcze, społeczne i psychologiczne skutki trwają po dziś dzień.

   Stan wojenny to czas bohaterstwa ale i czas zdrady. Gdy jedni podjęli walkę o niepodległość, inni dołączyli do obozu władzy.

    Stan wojenny jest zbrodnią nieukaraną i stale obecnym w naszym życiu publicznym symbolem zdrady narodowej. Krew męczenników tamtego czasu wciąż woła o sprawiedliwość. Nie ujawniono i nie ukarano morderców bohaterskich kapłanów: księdza Sylwestra Zycha, księdza Stefana Niedzielaka, księdza Stanisława Suchowolca. Nie poznaliśmy do tej pory autorów zbrodni na błogosławionym księdzu Jerzym Popiełuszko. Bezkarni są twórcy stanu wojennego, mordercy Grzegorza Przemyka, Bogdana Włosika i górników z kopalni „Wujek”.

    Dziś już publicznie głosi się walkę z Krzyżem, z Kościołem katolickim, z wiarą i tradycja narodową. Rządzący uniemożliwiają wyjaśnienie tragedii smoleńskiej i śmierć elity państwowej z Prezydentem na czele. Przede wszystkim otwarcie dąży się do ograniczenia niepodległości Państwa Polskiego. Pierwszy raz od czasu rozbiorów przedstawiciel wolnej Rzeczypospolitej zapowiedział gotowość rezygnacji z suwerenności. Hasło "suwerenność za bezpieczeństwo" ma przekonać Polaków do wyzbycia się niepodległości. Tymczasem zapowiedziano  uderzenie w  polską wieś i przedłużenie czasu pracy do 67 roku życia. Ten kto oddaje  suwerenność niech nie liczy na bezpieczeństwo.

     Polska ma zrzec się suwerenności po to by Polacy spłacali cudze długi. Taki jest także sens ostatnich wydarzeń.

     Jan Paweł II przestrzegał: „nie ma Europy Sprawiedliwej bez Polski Niepodległej”. Dziś trzeba przypomnieć także: bez Niepodległości nie ma bezpieczeństwa gospodarczego, socjalnego i narodowego. Tylko własne, suwerenne państwo może zapewnić Polakom  dobrobyt i rozwój.

     To właśnie dlatego - stajemy dziś razem w Marszu Niepodległości i Solidarności.

     By bronić polskiej suwerenności  - zwracamy się do Polaków słowami Jana Pawła II : „nie lękajcie się”!

     Niech nasz głos sprzeciwu będzie obecny wszędzie: w miejscach pracy, w urzędach, w szkołach. Protestujemy przeciw zamachowi na polskość i niepodległość.

    Niech urzędnicy instytucji państwowych wiedzą, że służyć mają Polsce i Polakom.

    Niech nasze dzieci nauczą się być dumne z tego, że są Polakami.

    Tak zjednoczeni podejmujemy dziś Marsz Niepodległości i Solidarności po to by budować Polskę Niepodległą, Sprawiedliwą i Solidarną.

Społeczny Komitet Organizacyjny Marszu Niepodległości i Solidarności.

Do zobaczenia 13 grudnia o godzinie 18, na Placu trzech Krzyży w W-wie. Marsz Niepodległości i Solidarności




11:45, marekzpisu
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 grudnia 2011
Kolejna degradacja regionu radomskiego przez ekipę Tuska i Ewy Kopacz.

 

Platforma twierdziła przed wyborami, że wprowadzi w życie model gospodarczy pod zagadkową nazwą „dyfuzyjno – polaryzacyjny”, który miałby spowodować promieniowanie dobrobytu z Warszawy na tereny całego województwa mazowieckiego. Tymczasem w regionie radomskim trwa likwidowanie różnych instytucji. Tracimy miejsca pracy na rzecz Warszawy i województwa świętokrzyskiego. Do zapowiedzi likwidacji oddziału Poczty Polskiej w Radomiu i Rejonu Energetycznego w Grójcu dochodzi kolejna - likwidacja Radomskiego UKS z przejęciem tych kompetencji przez Kielce. O bardzo małych dotacjach z budżetu sejmiku mazowieckiego napiszę w innym tekście. Jednym słowem powyborcze działania koalicji PO- PSL można nazwać realizacją modelu likwidacyjno – degradacyjnego

W ubiegłym roku zlikwidowano 26 miejsc pracy w Wydziale Zamiejscowym Izby Skarbowej i 42 miejsca pracy w Wydziale Zamiejscowym Urzędu Kontroli Skarbowej w Radomiu. Zgodne z projektem rozporządzenia z dnia 17 listopada 2011 roku obecne zmiany spowodują, iż kieleccy urzędnicy przejmą dotychczasowe obowiązki radomskich kontrolerów.  A radomscy urzędnicy będą zmuszeni dojeżdżać do Warszawie. Oznacza to dla nich minimum 4 godziny podróży dziennie, bo obiecywana przez rząd premiera Donalda Tuska modernizacja linii kolejowej nr 8, łączącej Radom z Warszawą, wciąż pozostaje w sferze obietnic.

Zauważyć należy jednocześnie, że zaproponowane rozwiązanie nie spowoduje wcale oszczędności dla budżetu państwa. Na terenie województwa mazowieckiego nadal niezbędne będzie utrzymywanie infrastruktury celem prowadzenia przesłuchań podatników i świadków (ordynacja podatkowa nie zezwala na wezwania poza teren właściwego województwa). Czynności wykonywane do tej pory przez pracowników z radomskiego wydziału, nadal będą świadczone u nas, z tym że przez pracowników z Kielc, co podniesie koszty działalności urzędu. Spośród czterech wydziałów zamiejscowych UKS Warszawa (Radom, Ciechanów, Płock i Siedlce) tylko ten w Radomiu został zlikwidowany, pomimo, że w 2011 roku ma najlepsze wyniki pracy spośród wydziałów zamiejscowych UKS Warszawa. Szkodliwy jest także pośpiech z jakim to się odbyło. W innych województwach nie przeprowadzono likwidacji wydziałów zamiejscowych UKS. 

Pracownicy zlikwidowanego wydziału mimo 5-cio krotnie mniejszego zatrudnienia niż UKS w Kielcach przysporzyli Skarbowi Państwa 40 mln złotych dodatkowych przychodów (UKS Kielce w tym samym czasie tylko 32 mln zł). Jak widać, radomscy kontrolerzy wykonują swoje obowiązki bardzo skutecznie. Tymczasem w uzasadnieniu rozporządzenia minister podał: „Zmiana terytorialnego zasięgu działania Dyrektora Urzędu Kontroli Skarbowej w Warszawie i Kielcach, determinowana jest liczbą działających na danym terenie podmiotów gospodarczych, co pozwoli na wzmocnienie kontroli skarbowej w tych rejonach, w których koncentruje się działalność podmiotów podlegających kontroli."

Gdyby rzeczywiście chodziło o wzmocnienie kontroli skarbowej należałoby Kielce włączyć do Radomia.

          Z niepokojem zastanawiam się co jeszcze zabierze nam Platforma?  Mieszkańcy regionu radomskiego powinni kierować protesty w sprawie degradacji naszej ziemi na ręce premiera Donalda Tuska i jego najbliższej współpracownicy – marszałek Ewy Kopacz.  

16:56, marekzpisu
Link Dodaj komentarz »